Red Bull bierze byka za rogi.
news
autorSzymon Firlik / 2016-11-27

W ostatnio oczy całego piłkarskiego świata zwróciły się w stronę Bundesligi. Głównym powodem był hitowi mecz pomiędzy Borussią Dortmund i Bayernem Monachium, ale najczęściej komentowanym tematem był nie sam wynik, a jego następstwa. Dzięki zwycięstwu BVB prowadzenie w tabeli objął kompletny debiutant w najwyższej niemieckiej klasie rozgrywkowej, RB Lipsk. Drużyna ta ma nad Bawarczykami trzy punkty przewagi i, w teorii, łatwiejszy terminarz. Zespół z Lipska w następnej kolejce zmierzy się, bowiem z Freiburgiem, podczas gdy Bayern czeka kolejny hit – tym razem przeciwnikiem będzie Bayer Leverkusen. Biorąc także pod uwagę chwilowy dołek monachijczyków (tylko punkt w dwóch ostatnich ligowych spotkaniach oraz przegrana z Rostowem w Lidze Mistrzów), sytuacja ta wcale nie musi tak prędko ulec zmianie. RasenballSport jest w odwrotnym położeniu – wygrał w Bundeslidze sześć ostatnich spotkań i pozostaje w tym sezonie bez porażki. Ta sztuka w Niemczech udała się jeszcze jedynie Hoffenheim. Oba kluby łączą nie tylko udane występy w tegorocznych rozgrywkach.

W sezonie 2008/2009 do Bundesligi pierwszy raz w historii awansował zespół TSG 1899 Hoffenheim. Zazwyczaj takie wydarzenia sprawiają, że do siedziby klubu spływają gratulacje, media z całego świata rozpisują się o absolutnym beniaminku, który ma podjąć walkę z największymi klubami w Europie, a kibice innych drużyn są ciekawi jak poradzą sobie nowicjusze i spoglądają na nich z życzliwością. Niewiele z wymienionych powyżej sytuacji miało miejsce. Większość fanów piłki nożnej wpadło w furię. Klub nieposiadający historii, bo trudno za taką uznać grę w ligach regionalnych, z małego miasteczka (by nie być brutalnym – ze wsi), bez zaplecza kibicowskiego, ale za to z finansowym, ośmielił się wepchnąć do najwyższej ligi w Niemczech. Drużyna, dzięki wsparciu pieniężnemu miliardera (oraz byłego zawodnika zespołu juniorów), Dietmara Hoppa w ciągu ośmiu lat awansowała z piątej ligi aż na sam szczyt. I to dosłownie – po rundzie jesiennej sezonu 2008-2009 Hoffenheim zajmowało pierwsze miejsce w tabeli Bundesligi, a wśród strzelców przewodził Bośniak Vedad Ibisević, który w siedemnastu meczach strzelił aż osiemnaście bramek. W przerwie zimowej odniósł on jednak kontuzję, która wykluczyła go z gry do końca sezonu. Bez swojego lidera „Wieśniacy”, jak są pogardliwie nazywani przez kibiców innych drużyn, nie byli w stanie wiosną powtórzyć fantastycznych wyników z jesieni (zanotowali serię aż dwunastu meczów bez zwycięstwa) i zakończyli ostatecznie sezon na siódmym miejscu, będącym do dziś najlepszym wynikiem tej drużyny w historii jej występów w Bundeslidze. Mistrzem zaś został inny klub posiadający potężnego sponsora – VFL Wolfsburg, którego właścicielem jest koncern Volkswagena.

                RasenBallsport Lipsk również powstał w miejscu nietypowym jak na Bundesligę. Nie na wsi, tak jak w przypadku Hoffenheim, a na terenie byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Po upadku muru berlińskiego na najwyższym stopniu rozgrywek zagościły jedynie cztery kluby z tego kraju – Dynamo Drezno, Hansa Rostock, VFB Lipsk i Energie Cottbus. Największe sukcesy, (choć to za duże słowo) odnosiła Hansa – łącznie gościła w lidze przez sześć sezonów (rekord wśród klubów z byłego NRD) oraz udało jej się zająć szóste miejsce w sezonach 1995/1996 oraz 1997/1998. Istnieją, więc spore szanse, że RB przebije te osiągnięcia. Po zjednoczeniu Niemiec kluby wspierane przez system komunistyczny nie potrafiły poradzić sobie w warunkach wolnorynkowych i do tej pory wschodnia część kraju pozostaje futbolową pustynią – zespół z Lipska jest pierwszym reprezentantem tej części kraju w Bundeslidze od siedmiu lat. W 2. Bundeslidze sytuacja wygląda niewiele lepiej, (choć ilość klubów ze wschodu jest trzykrotnie więcej). Na tym poziomie występują Dynamo Drezno, Erzgebirge Aue oraz Union Berlin.  Kluby z Drezna i Berlina zajmują odpowiednio szóste i siódme miejsce, podczas gdy piłkarze z Aue znajdują się na siedemnastej pozycji, wyprzedzając jedynie Sankt Pauli. Sytuacja po 1991 roku w piłce byłego NRD to temat na niejeden artykuł. Można pokusić się o stwierdzenie, że RB Lipsk jest swoistym reprezentantem całego regionu, który jak równy z równym może walczyć z bogatymi klubami z zachodniej części kraju. Właśnie położenie miasta było jednym z powodów założenia drużyny. Jej początki sięgają 2009 roku, gdy Dietrich Mateschitz, multimilioner i właściciel Red Bulla, przejął występujący w piątej lidze SSV Markranstädt, który przemianował na RasenBallsport Lipsk. Dlaczego nie Red Bull? Od 2001 roku kluby w Niemczech muszą posiadać 51% udziałów w spółce. Dzięki temu nie są one uzależnione od zachcianek bogatych kupców, którzy po przejęciu drużyny mogą się nią szybko znudzić i zostawić na pastwę losu, co często ma miejsce w innych krajach. Oprócz tego, na mocy tego prawa nazwa klubu nie może być nazwą sponsora. Wyjątkiem są Bayer Leverkusen oraz VFL Wolfsburg, które w całości należą do prywatnych właścicieli. One jednak w takiej sytuacji, bardzo stabilnej, znajdują się od wielu lat, w związku, z czym władze DFB wyraziły zgodę na zachowanie status quo. Nie mogą one jednak trafić w inne prywatne ręce, tak samo jak pozostałe kluby niemieckie. Zespół z Lipska tak naprawdę sprytne obchodzi obowiązujące prawa i nikt nie ma wątpliwości, że należy on do Red Bulla, tak jak Hoffenheim należy do Dietmara Hoppa. I właśnie to wykorzystywanie furtek w prawie, obok braku tradycji, budzi wzburzenie kibiców innych drużyn oraz sporej części ekspertów.

                Zarówno RB jak i „Wieśniacy” nie sprawiają jednak wrażenia klubów budowanych w celu osiągnięcia jak najlepszych wyników w jak najkrótszym czasie i za jak największe pieniądze. Wręcz przeciwnie – Hoffenheim po bardzo mocnym wejściu z Bundesligi popadło w swoistą stagnację, stając się typowym zespołem środka tabeli. O sile tego zespołu decydowali piłkarze wcześniej nieznani, którzy popularność zdobyli dzięki występom na Rhein-Neckar Arena, jak choćby wspomniany wcześniej Ibisević, Demba Ba, Luiz Gustavo czy Sejad Salihović. Podobnie wygląda sytuacja w Lipsku – na transfery wydano, co prawda 50 milionów euro (bardziej rozrzutne okazały się jedynie Borussia i Bayern), za pieniądze te sprowadzono jednak zawodników młodych, mających całą karierę przed sobą. Najwięcej kosztowali Naby Keita oraz Oliver Burke, którzy kosztowali po 15 milionów oraz Timo Werner, za którego trzeba było zapłacić 10 milionów. Średnia wieku sprowadzonych zawodników wyniosła zaledwie niecałe 22 lata (RB ma też najmłodszą kadrę w całej Bundeslidze – średnio niecałe 24 wiosny). Trzeba przyznać, że pieniądze te zostały wydane naprawdę nieźle – występujący na środku pomocy Keita rozegrał w tym sezonie dziewięć spotkań, w których zdobył trzy bramki i zanotował asystę, a grający w ataku Werner ma na swoim koncie po jedenastu spotkaniach pięć bramek i cztery asysty. Niekwestionowanym liderem zespołu jest Szwed Emil Forsberg, mający w dziesięciu meczach po pięć bramek i asyst. Bilans ten daje mu szóste miejsce wśród strzelców, piąte w gronie asystentów oraz czwartą lokatę w klasyfikacji kanadyjskiej Bundesligi. Zapowiada się na to, że obecny sezon będzie lepszy niż ostatni, gdy Forsberg w zaliczył osiem bramek i siedem asyst. Trudno jednak Szweda nazwać wielką gwiazdą, podobnie jak któregokolwiek z jego kolegów z zespołu. W Lipsku nie gra nikt o wielkim nazwisku, czy wynikach strzeleckich tak efektownych jak choćby liderzy klasyfikacji strzelców. Wygląda na to, że nad Lipskiem nadal unosi się duch epoki komunizmu, ponieważ siła RB jest kolektyw – najlepsi strzelcy mają po pięć bramek, podczas gdy Anthony Modeste i Pierre-Emerick Aubameyang mają po dwanaście, a mimo to więcej goli od RB Lipsk mają na koncie jedynie Borussia oraz Bayern (odpowiednio 26 i 24, RB 23). Piłkarze z Lipska są również bardzo zdyscyplinowani w obronie – w jedenastu meczach stracili tylko dziewięć bramek (lepsze są tylko Bayern, Kolonia, a na tym samym poziomie znajduje się Eintracht Frankfurt). Duży udział ma w tym także węgierski bramkarz Peter Gulacsi, który czterokrotnie zachował czyste konto. Siłą zespołu jest też młodość – tylko dwóch zawodników w kadrze przekroczyło trzydziestkę: Fabio Coltorti (trzeciego grudnia skończy trzydzieści sześć lat), który jest rezerwowym bramkarzem i wciąż czeka na pierwszy występ w tym sezonie, a także Marvin Compper, mający trzydzieści jeden lat środkowy obrońca. Dla wielu zawodników występy w Lipsku są szansą do pokazania się silniejszym klubom i póki, co okazję tę wykorzystują bardzo dobrze. Z drugiej strony, brak doświadczenia poszczególnych zawodników może mieć znaczenie w kluczowych momentach, powstaje, więc ryzyko, że klub może w pewnym momencie zaliczyć spory zjazd w tabeli, co miało miejsce podczas debiutanckiego sezonu Hoffenheim. Żeby tak się nie stało, drużyna musi mieć odpowiedniego trenera. Na tym stanowisku zatrudniony przed sezonem został Ralph Hasenhuttl. Austriacki szkoleniowiec prowadził wcześniej FC Ingolstadt, które przeistoczył przeciętniaka 2. Bundesligi w zespół, który zajął jedenaste miejsce w debiutanckim sezonie w Bundeslidze. Wydaje się być, zatem idealnym kandydatem do prowadzenia drużyny skazywanej na pożarcie, co jednak w przypadku, gdy RasenBallsport Lipsk będzie chciał zrobić kolejny krok naprzód? Tu wszystko zależy od koncepcji Ralfa Rangnicka. Dyrektor sportowy jest spoiwem łączącym RB Lipsk i TSG 1899. W tym drugim klubie to właśnie on siedział na ławce podczas debiutanckiego sezonu 2008/2009 i to właśnie on przeszczepia wizję, której nie udało mu się w całości zrealizować w zespole „Wieśniaków”. To również on, nie mogąc znaleźć odpowiedniego szkoleniowca dla klubu, wprowadził drużynę do Bundesligi. Mając większą władzę i wsparcie właścicieli niż w Hoffenheim, może tym razem uda mu się wprowadzić rewolucję w niemieckiej piłce. Jeśli tak, nie będzie to pierwszy taki przypadek w jego karierze – Rangnick był pierwszym niemieckim trenerem, który zrezygnował z pozycji libero w obronie.

                RB Lipsk pozostaje przekonać do siebie fanów piłki na całym świecie. Wielu z nich, nie tylko tych spod hasła Against Modern Football, nie podoba się takie, jak oni to nazywają, sztuczne twory. Sam Dieter Matechitz powiedział, że jedyna różnica pomiędzy RB Lipsk a Realem Madryt czy Barceloną to sto lat, które za pięćset lat nie będą tak widoczne. Red Bull tworzy wyjątkową w skali światowej sieć klubów piłkarskich z siedzibami w Salzburgu, Nowym Jorku i Sao Paulo. Najbardziej utytułowanym z nich jest Red Bull Salzburg, który w ostatnich latach zdominował ligę austriacką, jednak wciąż nie udało mu się zakwalifikować do Ligi Mistrzów (w tegorocznych eliminacjach obrońca Austriaków, Andreas Ulmer, zagrał nawet w koszulce, na której przez pomyłkę znalazł się herb klubu z Lipska). Przejęcie Austrii Salzburg przez koncern w 2005 roku spotkał się krytyką kibiców, którzy w 2006 roku reaktywowali klub, który obecnie gra na trzecim poziomie rozgrywkowym w Austrii. Nieco inaczej przedstawia się sytuacja w Nowym Jorku. Tam przejęta została drużyna New York/New Jersey MetroStars. Miało to miejsce w 2003 roku, był to, więc pierwszy klub Red Bulla. W Stanach Zjednoczonych soccer nie ma takich tradycji jak w Europie, więc po początkowo mieszanych reakcjach kibice zaakceptowali przejęcie. W mieście tym udało się nawet stworzyć największe derby w MLS, gdyż lokalem zza miedzy jest drużyna New York City FC – Hudson River Derby cieszą się coraz większym zainteresowaniem (nie tylko w USA), a przy okazji meczów dochodzi nawet do rozrób pomiędzy kibicami obu ekip. Wątpliwe jednak, by podobną atmosferę udało się przeszczepić na grunt europejski, gdzie kluby mają znacznie okazalsze historie, a miłość do zespołów jest od dawna przekazywana z pokolenia na pokolenie. Włodarzom z Lipska pewnie nie uda się stworzyć oddanych fanatyków, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak jak pokazuje historia Hoffenheim, po prostu przyzwyczaić sympatyków Bundesligi do swojej obecności. Klub z Badenii-Wittenbergi stał się już etatowym uczestnikiem ligi, traktowanym na równi z przeciwnikami i nikogo już nie dziwi obecność w elicie drużyny ze wsi. Większy sprzeciw powinni budzić bliżej nieznani inwestorzy indywidualni, którzy piłkę nożną traktują jak chwilową zabawę, a nie uznane korporacje, które mają plan na funkcjonowanie klubu. Między Bayerem Leverkusen a RB Lipsk nie ma praktycznie żadnej różnicy, a mimo tego to ci drudzy są traktowani, jako sprawcy wszelkiego zła. Mateschitz, Rangnick i spółka muszą przeczekać kilka lat i przyzwyczajać kibiców. Póki, co, wychodzi im to doskonale – drużyna rozwija się ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie. Jeśli trend świadomego rozwoju utrzyma się w przyszłości, RB Lipsk w przyszłości może stać się jedną z wiodących sił w niemieckiej piłce, regularnie mieszczących się w czołówce Bundesligi. Jak Bayer Leverkusen i VFL Wolfsburg czy nawet TSG 1899 Hoffenheim.

Sport Success